Chusta dla Mamy - wzór Salomona i kogo nie lubię na balkonie i co z tego wynika ...
Dziś jest 25. 04.2018 - zachmurzenie umiarkowane ale dość ciepło, czasem próbuje świecić słońce.
Skończyłam chustę dla Mamy - ma być prezentem na Dzień Matki - to już niedługo. Bardzo fajnie się szydełkowało z włóczki NAKO - chyba do niej kiedyś wrócę, nie mechaci się, szydełko nie zaciąga włóczki, oczka powstają ładne i całość prezentuje się moim zdaniem elegancko. Chusta powstała wzorem Salomona - oczka szybko przybywają i na efekt końcowy nie trzeba długo czekać, ponieważ pracuję i nie mogę szydełkować cały czas dlatego mi zrobienie chusty zajęło ok 3 h - dwa wieczory po pracy :). Chusta ma ok 130 cm długości i ok 70 szerokości - wystarczyło 2/3 motka włóczki NAKO i jeszcze mogłam zrobić taką samą tylko mniejszą dla siebie:). Mama będzie mogła ją nosić na płaszcz lub kurtkę a ja pod szyją :)
A teraz druga część posta :) - czyli historie balkonowe :)
Na balkonie ostatnio dużo się dzieje bo to przecież wiosna :). W tym roku bardzo ciepła, słoneczna prawie lato ... W sobotę wybrałam się na zakupy - nie lubię dużych sklepów i tłumów ludzi, jak mogę wybieram osiedlowe sklepiki i wspieram lokalnych sprzedawców :), ale jak mus to mus :). Zaraz na początku sklepu stała półka z wyprzedażą kwiatów - tylko pelargonie (nie lubię pelargonii i to bardzo:) ), strasznie zmarnowane, leżące, większość liści już żółtych i nie nadających się do sprzedaży - nawet promocyjnej... ale właśnie wtedy zaczęły do mnie te biedaki krzyczeć żeby ich zabrać do domu, bo strasznie się męczą a one przecież też chcą żyć... To ja im (oczywiście w myślach) zaczęłam tłumaczyć, że nie lubię pelargonii i na moim balkonie może mieszkać tylko jedna (historia na końcu) a one nic tylko - zabierz nas i zabierz... Zrobiłam zakupy i cztery razy do nich podchodziłam i cały czas mówiłam że nie kupię ich - a one swoje ... No i w końcu kupiłam - te zdechnięte, padnięte i pożółkłe pelargonie w liczbie 18 (!!!) sztuk :) Podeszłam do kasy a Pani Kasjerka popatrzyła na moje "zakupy" i zapytała czy jestem ich pewna - na co ja z radosnym uśmiechem odpowiedziałam, że tak krzyczały, że nie mogłam przejść obojętnie ... dziwnie się na mnie popatrzyła .... ciekawe dlaczego :))). No i przyszliśmy do domu .. nie zdążyłam zrobić zdjęcia po przyjściu ale zrobiłam dziś po przesadzeniu ich do doniczek - to naprawdę te same zdechlaki z soboty :)
A teraz historia balkonowa z pelargonią w roli głównej ...
Dawno temu, gdy Syn chodził do 3 klasy szkoły podstawowej czekałam z niecierpliwością na jego powrót ze szkoły w Dniu Mamy - miałam w tym dniu urlop i bardzo chciałam spędzić dzień z rodziną. Za oknem strasznie się zachmurzyło i zaczęła się ulewa ale tak wielka jakby oberwanie chmury - Syna nie ma, telefonu nie odbiera , ja nie wiem gdzie mogę go szukać bo na pewno nie zabrał parasola a już jest dość późno i dawno powinien być w domu... Nagle drzwi się otwierają i dosłownie wpływa Syn - przemoczony do suchej nitki z czymś dziwnym w ręce.. Mamo wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy - krzyczy radośnie Moje Dziecko i z dumą wręcza mi coś ... To coś jest w doniczce i chyba z tego deszczu zostało wypłukane z korzeniami, ma chyba ze dwa listki ale ogólnie widok mizerny - niestety miała to być pelargonia, którą Syn kupił specjalnie dla mnie - prezent od Dziecka - bezcenny - wzięłam to coś do kuchni, pooglądałam z każdej strony i mówię do tej doniczki - nie lubię pelargonii ale jesteś prezentem od Syna i dla mnie jesteś najpiękniejsza i zrobię wszystko co w mojej mocy i niemocy żebyś przeżyła ale musisz mi trochę pomóc... Poszłam do apteki kupiłam zestaw witamin dla niemowlaków, wodę mineralną z dużą ilością składników "odżywczych" i dawaj poić miksturą to nieszczęsne coś w doniczce. Tak się jej poprawiło, że nikt nie chciał uwierzyć, że to jest pelargonia - chyba jakoś zmutowała czy coś :)) i co roku urywam jedną zaszczepkę i mam na balkonie - jako pamiątkę prezentu od Syna ... A pelargonii nadal nie lubię ... :)
Skończyłam chustę dla Mamy - ma być prezentem na Dzień Matki - to już niedługo. Bardzo fajnie się szydełkowało z włóczki NAKO - chyba do niej kiedyś wrócę, nie mechaci się, szydełko nie zaciąga włóczki, oczka powstają ładne i całość prezentuje się moim zdaniem elegancko. Chusta powstała wzorem Salomona - oczka szybko przybywają i na efekt końcowy nie trzeba długo czekać, ponieważ pracuję i nie mogę szydełkować cały czas dlatego mi zrobienie chusty zajęło ok 3 h - dwa wieczory po pracy :). Chusta ma ok 130 cm długości i ok 70 szerokości - wystarczyło 2/3 motka włóczki NAKO i jeszcze mogłam zrobić taką samą tylko mniejszą dla siebie:). Mama będzie mogła ją nosić na płaszcz lub kurtkę a ja pod szyją :)
A teraz druga część posta :) - czyli historie balkonowe :)
Na balkonie ostatnio dużo się dzieje bo to przecież wiosna :). W tym roku bardzo ciepła, słoneczna prawie lato ... W sobotę wybrałam się na zakupy - nie lubię dużych sklepów i tłumów ludzi, jak mogę wybieram osiedlowe sklepiki i wspieram lokalnych sprzedawców :), ale jak mus to mus :). Zaraz na początku sklepu stała półka z wyprzedażą kwiatów - tylko pelargonie (nie lubię pelargonii i to bardzo:) ), strasznie zmarnowane, leżące, większość liści już żółtych i nie nadających się do sprzedaży - nawet promocyjnej... ale właśnie wtedy zaczęły do mnie te biedaki krzyczeć żeby ich zabrać do domu, bo strasznie się męczą a one przecież też chcą żyć... To ja im (oczywiście w myślach) zaczęłam tłumaczyć, że nie lubię pelargonii i na moim balkonie może mieszkać tylko jedna (historia na końcu) a one nic tylko - zabierz nas i zabierz... Zrobiłam zakupy i cztery razy do nich podchodziłam i cały czas mówiłam że nie kupię ich - a one swoje ... No i w końcu kupiłam - te zdechnięte, padnięte i pożółkłe pelargonie w liczbie 18 (!!!) sztuk :) Podeszłam do kasy a Pani Kasjerka popatrzyła na moje "zakupy" i zapytała czy jestem ich pewna - na co ja z radosnym uśmiechem odpowiedziałam, że tak krzyczały, że nie mogłam przejść obojętnie ... dziwnie się na mnie popatrzyła .... ciekawe dlaczego :))). No i przyszliśmy do domu .. nie zdążyłam zrobić zdjęcia po przyjściu ale zrobiłam dziś po przesadzeniu ich do doniczek - to naprawdę te same zdechlaki z soboty :)
A teraz historia balkonowa z pelargonią w roli głównej ...
Dawno temu, gdy Syn chodził do 3 klasy szkoły podstawowej czekałam z niecierpliwością na jego powrót ze szkoły w Dniu Mamy - miałam w tym dniu urlop i bardzo chciałam spędzić dzień z rodziną. Za oknem strasznie się zachmurzyło i zaczęła się ulewa ale tak wielka jakby oberwanie chmury - Syna nie ma, telefonu nie odbiera , ja nie wiem gdzie mogę go szukać bo na pewno nie zabrał parasola a już jest dość późno i dawno powinien być w domu... Nagle drzwi się otwierają i dosłownie wpływa Syn - przemoczony do suchej nitki z czymś dziwnym w ręce.. Mamo wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mamy - krzyczy radośnie Moje Dziecko i z dumą wręcza mi coś ... To coś jest w doniczce i chyba z tego deszczu zostało wypłukane z korzeniami, ma chyba ze dwa listki ale ogólnie widok mizerny - niestety miała to być pelargonia, którą Syn kupił specjalnie dla mnie - prezent od Dziecka - bezcenny - wzięłam to coś do kuchni, pooglądałam z każdej strony i mówię do tej doniczki - nie lubię pelargonii ale jesteś prezentem od Syna i dla mnie jesteś najpiękniejsza i zrobię wszystko co w mojej mocy i niemocy żebyś przeżyła ale musisz mi trochę pomóc... Poszłam do apteki kupiłam zestaw witamin dla niemowlaków, wodę mineralną z dużą ilością składników "odżywczych" i dawaj poić miksturą to nieszczęsne coś w doniczce. Tak się jej poprawiło, że nikt nie chciał uwierzyć, że to jest pelargonia - chyba jakoś zmutowała czy coś :)) i co roku urywam jedną zaszczepkę i mam na balkonie - jako pamiątkę prezentu od Syna ... A pelargonii nadal nie lubię ... :)



Komentarze
Prześlij komentarz
Będzie mi bardzo miło jeśli zostawisz komentarz